11 lutego 2016

Zamienił stryjek siekierkę na kijek czyli jak M. i K. przygarnęli psa mordercę


Minął już miesiąc odkąd Lilka zawitała na mojej kanapie. Nieśmiało i zupełnym przypadkiem wkroczyła w życie M. i K. Miała zostać na 3 dni, zostanie na zawsze.
Nie było żadnego castingu, przeglądania ogłoszeń, wstępnych odwiedzin, przebierania w ofertach. M. dostała informację od Joli z Doglife, że potrzebny dom tymczasowy dla amstaffki po operacji. M. była gotowa odpowiedzieć od razu, ale na wszelki wypadek zadzwoniła jeszcze do K., który zgodził się przetrzymać emigrantkę. Dwa dni później pojechali po sierotkę na drugi koniec miasta. Spodziewali się psa mordercy a przy bramie przywitała ich ta oto pierdoła.

Co wiemy o przeszłości Lilki ? Niewiele.
Jesienią zeszłego roku błąkała się po ulicach Piły. Została odłowiona przez hycla i trafiła do schroniska. Z podejrzeniem zaawansowanej ciąży trafiła do Łodzi, pod skrzydła fundacji Amstaffy Niczyje, z którą współpracuje Doglife. Ciąża okazała się sporym ropomaciczem ale operacja przebiegła pomyślnie. Lilka przechodziła rekonwalescencje w mojej hacjendzie.

Co wiemy o samej Lili ? Coraz więcej.
Imię dostała w fundacji. M. i K. podjęli próbę zmiany go, ale odkąd chłopak zaczął obstawać przy "Bogdan", M. odpuściła i została Lili, Lilka, Liluszek, Liluch, Lilaczek.
Zanim dostała ropomacicza, z pewnością miała szczeniaki. Jej sutki dobitnie o tym świadczą. Na oko ma ponoć 3 lat. Choć stan jej uzębienia wskazuje na więcej - każdy jeden kieł złamany. Jest czymś w typie amstaffa, a właściwie to amstafikiem bo waży ledwie 25 kg i nie sięga nawet do                                      kolan.

Co wiemy o jej charakterze i upodobaniach ?
Lilka jest typowym terierem - wpatrzonym w ludzi, niecierpiącym innych stworzeń. Przemieszcza się z prędkością pocisku, zwłaszcza gdy w okolicy pojawi się coś na czterech nogach. Atakuje bez ostrzeżenia, Na szczęście nie ludzi - tych zalizuje na dzień dobry. W domu głównie śpi i rozpycha się na łóżku. Do czasu aż nie zostanie sama - wtedy lamentuje i roznosi przestrzeń.

Co w planach?
Po pierwsze trening. Bez tego nie da rady. Systematyczne ignorowanie w domu, chodzenie na luźnej smyczy, karmienie na dworze, ostudzenie emocji i posłuszeństwo. Za dwa tygodnie pierwsze spotkanie szkoleniowe w towarzystwie innych psów - coś czuję, że będzie się działo. Po drugie kaganiec - przynajmniej póki nie opanuje się morderczych zapędów potwora. Po trzecie - PROJEKT AMSTAFF (klik) - czyli nowy blog. M. długo zastanawiała się jak to rozegrać, czy prosić mnie o pomoc czy wreszcie wziąć się samemu do roboty i przejąć po mnie schedę. Umówiliśmy się, że będę jej mentorem pisarstwa - taka moda teraz żeby od wszystkiego mieć kołcza przecież. Chętnie służę radą ale też bez przesady, nie chce przecież żeby uczeń przerósł mistrza. Ale bez obaw - nie znikam zupełnie - wynegocjowałem własną rubrykę na nowej platformie także, będziemy w kontakcie !

Jak Wam się podoba takie rozwiązanie ??? Zapiszcie się na newslettera i śledźcie postępy Lilki na www.projektamstaff.blogspot.com. Zaglądajcie też na mój profil na FB (klik) - połączyłem z M. siły i będziemy go od teraz prowadzić wspólnie z PA.




16 lipca 2015

toksyczne związki - czyli testuję dopalacze


Tym razem będzie na poważnie bo i sprawa nie jest błaha. Wiem, że przyzwyczailiście się do mojego poczucia humoru ale wydarzenia ostatnich dni nie napawają optymizmem. Nie ma się co oszukiwać, jest źle. Wyniki badań potwierdziły, że przyatakował mnie rak o niezbyt wdzięcznej nazwie kostniakomięsak (med. osteosarcoma). Jest to nowotwór złośliwy kości. Statystyki pokazują, ze występuje zazwyczaj u samców ras dużych -  czyli takich gagatków jak ja. Może pojawić się na różnych etapach życia ale najczęściej ok. 3 lub 8 roku zycia. Przyczaja się przeważnie na kończynach i powoduje kulawiznę. Tak jest i w moim przypadku, od kulawej łapki się wszystko zaczęło, to był pierwszy widoczny objaw zmian w kościach. Zmian, które ulokowały się pod mięśniem i, jako , że jestem pakerem, długo spod mięśnia wybić się nie mogły. Mam wyjątkowego pecha ponieważ u mnie umiejscowił się wysoko, prawie przy miednicy co uniemożliwa amputację łapy - peszek! Teoretycznie można by mi wyciąć łapkę z jej kawałkiem ale oznaczałoby to problemy z utrzymaniem organów wewnętrznych na swoim miejscu - bez stelaża w postaci miednicy wątróbka albo nerki mogłyby nie czuć się za dobrze.


Jakie są opcje w przypadku takiego schorzenia? Otóż jest ich kilka, co jedna to droższa albo bardziej dla mnie upierdliwa.

1. Radioterapia - nie wykonywana w Polsce. Na naświetlania trzeba by jechać do Słowenii lub Austrii. Koszt to ok. 12 tys. i dłuuugi urlop w pracy.

2. Amputacja + chemia - daje niezłe wyniki ale w moim przypadku praktycznie niemożliwa. Przedłuża życie o ok. rok. Należy przy tym pamiętać, że każde naruszenie zainfekowanego mięśnia / kości pobudza raka, który nieleczony, odrasta dwa razy szybciej.

3. Sama chemia - która ma za zadanie zahamować rozwój nowych komórek rakowych. Można ją ogarnąć na dwa sposoby - podawać w domu w rękawiczkach  mega chemiczne piguły przez 5 dni w kilku seriach albo raz na 3 tygodnie podłaczać się do rury, która pompuje w chore ciałko chemię w płynie. Zabieg trwa ok. 2 godziny i trzeba go wykonywać w gabinecie weterynaryjnym przy znieczuleniu i najlepiej na stojąco. Już po drugiej dawce można wstępnie stwierdzić, czy terapia działa czy jednak niekoniecznie. przy dobrych wiatrach przedłuża życie o kilka miesięcy.
Taka terapię można przeprowadzić w Warszawie i Wrocławiu (termin oczekiwania na pierwszą wizytę to, w zależności od miejsca, od 1 do 3 tygodni) oraz innych mniejszych i nielicznych ośrodkach. Na przykład w naszym mieście Łodzi nikt się tym nie zajmuje. Koszt jednej sesji może byc bardzo różny w zależności od użytych preparatów, miasta, lekarza (ok. 150-500 zł + leki, prześwietlenia itp.).

4. Nie robić nic i dać piesiowi żyć tyle ile mu będzie dane. Niestety rak powoduje ból, który się nasila wraz z jego rozwojem. Mozna go uśmierzać lekami, do czasu...


Kostniakomięsak powoduje przerzuty do jednego organu - są to płuca. Przed każdą kolejną sesją chemii wykonywane są zatem kontrolne prześwietlenia. Na szczęście ja mam płuca sportowca, lata biegania przy, za, przed i ponad rowerami się opłaciły.

K. zrobił riszercz w internetach i poumawiał nas na wizyty w różnych miastach co by mieć najszerszy ogląd sprawy. Ja w tym czasie wylegiwałem się na kocykach, powłóczyłem nóżką i czekałem na rozwój wypadków. Po zastrzykach mniej bolało i na spacerach ciekałem jak dziki bawół. Ostateczni, po licznych konsultacjach i burzliwej naradzie rodzinnej, zdecydowaliśmy się na chemie w Zgierzu. Taki test dla Was zrobię - zamiast karmy przetestuję dopalacze.

Wczoraj miałem pierwszą sesję. Najpierw RTG. Następnie umieścili nas w pokoju rehabilitacyjnym i podłączyli do kroplówki z mieszanką specjalnie dla mnie przygotowaną, normalnie poczułem się wyróżniony. Półtorej godziny pompowania i wróciliśmy do domu. Spałem do wieczora z małą przerwą na siku i parówkę (przecież wiem, że były w niej tabletki, helo! ). Potem też spałem, aż do rana. Kuleję, trochę stękam ale się nie poddaję bo żal mi po prostu na K. patrzeć jak się martwi. Zaciskam więc zęby i próbuję się do niego uśmiechnąć ogonem. Kolejna sesja na początku sierpnia. Do tego czasu tylko tabletki na bolące kości i staramy się nie traktować mnie jak inwalidę.

Kochani fani - badajcie swoje psy ! Róbcie im badania przesiewowe, róbcie regularnie RTG. Nie lekceważcie żadnych objawów. Lepiej mieć opinię przewrażliwionego właściciela niż chorego zwierzaka. Życzę wam wszystkim jak najlepiej ale, jeśli komuś przydarzyłoby się to co mnie, to M. i K. służą pomocą. Jesteśmy obecnie całkiem dobrze wyedukowaną rodzinką jeśli chodzi o ten temat.







13 lipca 2015

Niezbędnik rekonwalescenta


W związku z moją chorobą nasze życie uległo ostatnio zmianom. Rytm dnia wyznaczają kolejne wizyty u weterynarzy i zabiegi pielęgnacyjne. Dzień myli mi się czasami z nocą i po zmroku nie mogę spać. Chodzę i jojczę bo boli. K. przez to też nie śpi a kiedy ja odsypiam w dzień, on chodzi jak cień. Od kilku dni sierść mi odrasta więc swędzi niemiłosiernie. Podrapać się nie mogę bo nie dosięgam, polizać też nie bo od razu jest alert, że nie można rany ślinić. Zgłupieć można. Zostać sam w domu nie mogę, co najmniej jedno przy mnie musi czuwać. M. dzwoni kontrolnie z pracy zatroskana moim losem a K. siedzi w internetach i co chwilę ma inną hipotezę - może to nie rak, może dysplazja, a może dysk. Kartę z historią choroby i zdjęcie rtg oglądał już tyle razy, że prawie starł się tusz. Od wczoraj boli bardziej więc i mocniej jojczę. Najgorsze w tym wszystkim jest czekanie na wyniki badania histopatologicznego. Póki nie znamy ostatecznej diagnozy jestem szprycowany lekami "na przetrzymanie" i czekamy...


Mój niezbędnik rekonwalescenta składa się z następujących gadżetów:

- zestawu mięciutkich koców - szczególnie przydatne w pierwszych dniach po operacji
- antybiotyku czyli  wyjątkowo gorzkich pigułek, których przyjmowania odmówiłem
- paróweczek hrabiego Barry Kenta, które stały się narzędziem podstępu, w których ukryły się ww. piguły. Początkowo się nie zorientowałem i łapczywie zjadałem kolejne parówy ale dnia czwartego odkryłem  oszustwo i zacząłem skutecznie utrudniać im podstęp
- maści w ilości dwóch - jedna na dzień, druga na noc. Obruszyłem się po przeczytaniu etykiety ! Czy ja jestem bydłem ? Jak tak można traktować chore zwierze ? Odpuściłem jednak oburzenie bo okazało się, że maść na krowie cycki daje mi ulgę w permanentnej gorączce rany.
- strzykawki z żółta mazią - nawet nie chcę wiedzieć co w niej jest.


- miękkiej karmy - z powodu migren pooperacyjnych nie jestem w stanie gryźć twardych groszków. Tu z pomocą przyszła ponownie Dolina Noteci- firma, wzruszona moim losem, przesłała pakę pełną karmy i podgryzków. K. mówi, że wykorzystuję swój stan i się kulinarnie rozpuściłem przez to wszystko.
- przez kilka dni po zabiegu każda próba schylenia się do miski kończyła się upadkiem dlatego K. wylansował mi bajeranckie podstawki co bym miał bliżej do pokarmu.

Jeśli miałbym jakikolwiek wpływ na zawartość niezbędnika dorzuciłbym jeszcze do niego nutelle,
Niestety jestem póki co zbyt słaby aby walczyć o swoje prawa. Do parku wlekę się noga za nogą albo wręcz z jedną nogą w górze. Na szczęście co chwila nas ktoś zaczepia i pyta o mój goły zadek, dzięki czemu mam trochę czasu żeby odsapnąć. Zauważyłem pewną prawidłowość - wcześniej zaczepiali nas głównie właściciele bokserów, teraz na pogaduszki decydują się posiadacze innych chorych sierotek. Ludzie mają wielką potrzebę dzielenia się z nami swoimi doświadczeniami. Na szczęście wszystkie historie, które dotąd wysłuchaliśmy, zakończyły się pozytywnie co tchnęło w nas trochę optymizmu.




25 lutego 2015

Bo bez fanów nie na fun'u

Słuchajcie, jest taka sprawa - namieszaliśmy. Tym razem nie w kodzie a na fejsie.
Mój profil został zamieniony na fanpage. Spowodowało to utratę wszystkich znajomych (smuteczek).
Trochę Was było nie powiem a teraz jest wielkie zero :( Miało być inaczej a wyszło jak wyszło.
Stąd wpis nietypowy bo  żebraczy - jeśli chcecie być na bieżąco z blogiem to zalajkujcie profil - tam na górze w zakładkach jest "Facebook' - wystarczy kliknąć a magia Internetu sprawi, że znajdziecie się na fanpejdżu, który możecie zalajkować, no w każdym razie miło by było ten tego.
Ze statystyk jasno wynika, że jednak  FB przysparza nam najwiekszą ilość czytelników i oby tak zostało !

Ostatnio Was chyba trochę zespanowaliśmy w newsletterze i inne tez wtopy było mniejsze czy większe ale obiecuję, że to już koniec technologicznych wpadek. Komuś (przez grzeczność nie będę pazurem wskazywał) się zachciało ulepszeń a umiejętności brak no i taki klops wyszedł. Ja jej mówiłem "Ty weź to dziewczyno zostaw te klawisze bo mi jeszcze całego bloga skasujesz" - ale wiecie jakie są kobiety,  szkoda gadać...

Przy okazji dziękuje, że tak dzielnie to znosicie i wyrozumiałość okazujecie.
Z każdym dniem liczba odbiorców nam rośnie, czytacie, obserwujecie, nieśmiało komentujecie co serce bokserze raduje niezmiernie.

Niebawem minie drugi rok Stefcika w blogosferze. Z tego powodu zrobiłem się taki bardziej sentymentalny. Muszę jednak przyznać, że rosnący fejm rekompensuje mi upływ czasu, ból stawów i upokorzenia związane z pozowaniem do zdjęć w berecie.


Na koniec załączam słitfocie mojej mordy co by wam osłodzić te ostatnie niedogodności.

PS: M. powiedziała, ze każdy nowy lajk na FB to bonusowy podgryzek dla mnie także po woli zamienia się to w akcję "Nakarm psa" ale ja jestem nawet za!





22 stycznia 2015

Liebster blog award czyli pytań kilka do Stefcika

Ok, stało sie - dostałem nominacje (a nawet dwie!). Przez chwilę czułem się jak Ida ale szybko okazało się, że to jednak nie o Oskara chodzi. God damn it...
Zostałem wywołany do tablicy przez  www.przybijlape.eu/  w ramach łańcuszka, który przemierza psie blogi od początku roku. Taka nominacja to - jak sie dowiedziałem - nagroda za "dobrze wykonaną robotę" (no raczej !) od innego blogera.

Zasady: odpowiadasz na 11 pytań, układasz swoich 11 i rozsyłasz do kolejnych, wybranych przez się blogerów.

Cel zacny: dajesz ludziom lepiej się poznać, oni zaczynają cię uwielbiać a liczba czytelników bloga się zwiększa (przydałoby się!)

Poniżej pytania, które mi zadano i moje odpowiedzi (pół żartem - znacie mnie przecież).

1. Dlaczego wybrałam/em mojego psa?
Powinna być - dlaczego zostałem wybrany przez swojego człowieka? Ponieważ człowiek czyli K. ugiął sie pod naciskiem ("Pies do bloków to nienajlepszy pomysł raczej..."), wyszukał ogłoszenie i wybrał najwiekszą bidę z miotu ( a dosłowniej z wymiotu bo było ze mną AŻ TAK źle)
2. Twoja ulubiona psia zabawka?
Piłeczka - ale o tym wiecej w kolejnym wpisie juz wkrótce.
3. Najlepszy domowy przepis na psi smakołyk/zabawkę?
Otwórz słoik i daj mi Nutelle człowieku!
4. Mały pies czy duży? Dlaczego?
Średni dla klasy średniej.
5. Co sądzisz o BARF-ie?
O fuj, żadnych planów żywieniowych! Jem wszystko jak popadnie, a najczęściej kieruję się zasadą "pięciu sekund".
6. Pies w samochodzie. Jaki sposób najlepszy (tylne siedzenie, bagażnik etc.)
Najlepiej w sportowym combi albo corvettcie.
7. Czy w samochodzie zapinasz psu psie szelki bezpieczeństwa?
Nie, ale zawsze mam ze sobą beret.
8. Cechy dobrej firmy handmade dla zwierząt?
Darmowa dostawa - M. jest trochę skąpa i kupuje tylko jak nie trzeba płacić kurierowi. A jak dostawa jest darmowa to kupuje wszystko jak leci.
9. Czy kupujesz produkty handmade? Dlaczego?
Smycze i obróżki mam na zamówienie, a jakże!
10. Co najbardziej uwielbiasz w swoim psie?
A czego można nie uwielbiać w Stefciku, no kaman!
11. Psi sposób na deszczowe wieczory?
Whisky, cygaro i dobra książka...


Odpowiedzi są to czas na nominacje i tu pojawia się zasadniczy problem. Łańcuszek zatoczył juz tak szrokie kręgi, że nie wielu blogerów mi juz zostało. Zdecydowałem się jednak na ( w kolejności alfabetycznej ):

* anzejmarian.wordpress.com
* bialagluchastrasznaczarna.wordpress.com
* charlizemystery.com
* nie-taki-pies.blogspot.com
* piesberek.pl
* podopieczni.blogspot.com
* urlopnaetacie.pl

Moje pytania do respondentów:

1. Kto, kiedy i za ile czyli jak to się stało, że znaleźliście się w swoich domach ? (tylko bez łzawych historii !)
2. Kto jest panem w waszym stadzie ?
3. Czy Wasze psy muszą się za Was wstydzić czy na odwrót ?
4. Kto kogo częściej wyprowadza na spacer ?
5. Kto w stadzie najczęściej puszcza bąki / chrapie ? (proszę o uczciwość - nie oszczędzajcie kobiet !)
6. Zostawiacie psy pod sklepem / warsztatem / kościołem ?
7. Co robicie gdy psa nie ma w domu / wyjechał do dziaków / jest na imprezie ?
8. Tresujecie ? W domu czy na kursach ?
9. Palec pod budkę kto choć raz nie przebrał swojego pupila - jakie outfity wybieracie najchętniej dla swoich psów ?
10. Sowa czy skowronek ? Kiedy zaczyna się dla Was dzień ?
11. Naleśnik z nutellą - wy też karmicie psy ludzkimi przysmakami ?

Miłej zabawy i podaj dalej !





17 listopada 2014

Smutek / smuteczek

Jesień, prawie zima. Rano zimno, po południo cimno.
Jednym słowem smutno się zrobiło ostatnimi czasy.
Co to w ogóle jest ten smutek ?
Jakie są jego rodzaje ?
Przykładów kilka poniżej...



* Smutek jest na przykład wtedy gdy nie pozwalają wejść na łóżko. Normalnie to pozwalają ale kiedy pościel jest świeżo po praniu a prześcieradło pachnie krochmalem to zabraniają. Brak logiki jak dla mnie - przecież taka pościel bez śladów łap, bez sierściuchy to jest świeża tylko z nazwy.


* Smutek jest wtedy kiedy nawet słodkie minki nie pomagają. Kiedy słyszę "nie wolno", "nie dostaniesz", 'odejdź stąd", "nie właź".


* Smutek jest wtedy kiedy balkon jest otwarty a nawet nie chce się na niego wychodzić.


* Smutek jest wtedy gdy widzę wacik nawijany na palca. Bo taki zabieg oznacz tylko jedno - czyszczenie uszków . Wtedy to jest smutek pomieszany z przerażeniem.


* Smutek jest też wtedy jak mnie na klatce albo balkonie przypną a na pokojach ludzie się panoszą. Źli ludzie, którzy nie lubią nachalnych psów jak Stefcik.


* Smutek jest wtedy jak robią grilla pod balkonem. Zapach przecież leci do góry gamonie! A na górze czyli na balkonie jestem ja i tylko wącham, niczego nie kosztuje.


* Smutek na pewno jest wtedy gdy człowiek szlocha. Wtedy psy bardzo się przydają bo psy proszę państwa mają w uszach rada smutku. Zaalarmowane atakują człowieka pyskiem, włażą na kolana, zlizują łzy, a wszystko to aż do momentu kiedy człowiek przestaje się smucić i zaczyna przytulać. Wtedy psy - w tym i Stefcik - oddalają się z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.


* Smutek jest wtedy gdy coś bardzo dla psa wartościowego, bezcennego wręcz wpadnie pod kanapę. Taka np. piłeczka, kong albo sucha skórka od chleba. Poturla się to niecnie pod samą ścianę, w najdalszą dziurę i nie chce się wytoczyć. Wtedy jest tak smutno, że zaczynam skomleć. Najpierw cichutko, potem coraz głośniej. Jeśli to nie zadziała stosuję sprawdzoną metodę "wejdź człowiekowi na głowę". Póki nie zrozumieją, póki nie złączą się ze mną w bólu, nie zlezą z fotela, nie odsuną kanapy to sobie skomlę ze smutkiem.


* Smutek jest wtedy gdy K. wychodzi i zostawia psa na pastwę losu. Smutek potęguje fakt, ze on wychodzi najczęściej do lasu, a jak wiadomo, w lesie jest przefajnie. Wtedy smętnie obijam się po mieszkaniu i smutnymi oczami wypatruje go przez okno. Każde stuknięcie, puknięcie, każdy zgrzyt zza drzwiami daje nadzieję, że to On wraca. Smutek tym większy gdy okazuje się, że jednak nie, że to tylko sąsiedzi za ścianą się tarmoszą, hałasują, pukają do drzwi, tupią w windzie, bezczelni !


* Smutek największy jest jednak kiedy K. się denerwuje. M. przeważnie też jest wtedy w podobnym stanie i zaczyna się armagedon w stylu "bo ty zawsze", "bo ty nigdy". Wtedy to jest smutek największy z możliwych bo wolę jak jest miło niż na odwrót. Wtedy, w tych najsmutniejszych momentach usuwam się im z pola widzenia coby przy okazji nie oberwać za czyjeś winy. Wtedy siadam sobie grzecznie we wnęce przy drzwiach. Nie widać mnie, nie słychać, Oddech mój tylko zdradza smutek i strach.

Smutek tak ogólnie rzecz biorąc potrzebny jest tylko do tego, żeby w pełni docenić czas gdy go nie ma.




17 września 2014

Kto ty jesteś ?

Czasami zastanawiam się nad odpowiedzią na to pytanie. Szczególnie kiedy nadchodzi jesień i popadam w melancholię. Tak zwany stan zawieszenia. Na przykład zawieszam się na ścianie. Ale nie ja haczyku tylko wygląda to mniej więcej tak, że przez dłuższą chwilę stoję, kark rozluźniony, głowa zwisa, wzrok wlepiony w jeden punkt. Punkt na absolutnie gładkiej, nowo wymalowanej ścianie, który nie jest dostrzegalny żadnym innym okiem poza moim. Stan zawieszenia potrafi trwać do kilku minut albo dopóki któryś z zaniepokojonych domowników mnie z niego nie wyrwie. Stoję i myślę. no bo niby wyglądam jak pies, nawet całkiem rasowy ale jestem blogerką. Paraduje czasem w ludzkich ciuchach, jem ludzkie jedzenie i spię z ludźmi na ludzkim szezlongu. Jednocześnie walę kupę na dworze czyli nie jak ludzie (tzn. zazwyczaj nie jak ludzie).
Najbardziej się gubię jak do mnie mówią ci moi. Bo mówią różnie i mącą mi tym w głowie potwornie.
Przykładowe słowa określające Stefcika:

Stefan - klasycznie i po ludzku

Sztefi - z niemiecka (jestem Niemcem spod Częstochowy ? a tam przypadkiem nie rezydowali Szwedzi? Ciekawe jak po szwedzku byłoby Stefan...)

Bubinek (to od rana albo jak mnie na długo zostawili i mają wyrzuty sumienia)

Koza (w wakacje byliśmy w ZOO i faktycznie, pewne podobieństwo dostrzegam)

Nutria (???)

Gorylica (to po tym jak byli w kinie na "Planecie Małp") 

Kuc Zagłady ( to jak robię głupią minę)

Niuniuś (o nie...)

Ta Pierdoła ( to głównie M.)

Śmierdziuch  (to w zasadzie zawsze M.)


słowem : pies o wielu twarzach



No i badź tu mądry KIM JA JESTEM ? 
Wychodzi na to, że najbliżej mi do kameleona. Szczególnie jak rzygam całą noc ( a musicie wiedzieć, że rzygam nader często) i podobno zielenieje od tego. 
W Wikipedii wyczytałem, że tożsamość to wizja własnej osoby. No to ja mam wizję siebie taką, że jestem zajebisty i śliczny i pachnę fiołkami niezależenie od tego czy w danej chwili jestem ogarniętym szałem kucem walczącym z chrześcijanami miotaczem ognia czy szafiarką w berecie pozująca do zdjęć w windzie.

A czy Wy zadajecie sobie czasami pytanie - Kim własciwie jestem? (w sensie : nie ja tylko Wy)
Kolejne w szeregu będzie pytanie - Po co jestem? Ale o tym innym razem...






11 lutego 2014

trudne słowo : Depresja

Tym razem będzie na poważnie. Generalnie Stefcik to swój chłop- sami wiedzie- wszędzie mnie pełno, dziwki, koks, Nutella. Na mój widok wszystkim Wam morda się śmieje, każdy chce pogłaskać, dać się obślinić i wyżreć sobie czekoladę z plecaka (pozdro dla chłopaków z Kalonki! Następnym razem weźcie bakaliową). Ale wbrew pozorom nie zawsze tak jest. Czasem jest smutno. Czasem jest tęskno. Czasem, kiedy się pokłócą albo kiedy K. spędza bite 24h przy kompie zawieszam się. Zawieszenie następuje zazwyczaj przed szybą balkonu. Zamykam się w sobie i patrze w dal. Patrzę tak długo aż zapomnę na co się gapiłem i zasypiam. Na stojąco. Wtedy łatwo o guza przy spotkaniu ociężałej głowy z parkietem. Nie lubię tych momentów ale nic na nie nie poradzę raczej.

Wiem, że wy też tak czasami macie. Znacie kogoś kto cierpi na depresję? My znamy. Jeśli też macie w pobliżu taką osobę pokażcie jej tę animację. Depresja to czarny pies- można albo dać się zagryźć albo spróbować oswoić bestię i żyć z nią pod jednym dachem.



 źródło: YouTube

2 września 2013

na kocią łapę czyli jak żyć ?

Generalnie nie uznaje innych stworzeń poza ludźmi i psami a i to też nie zawsze toleruje.
W drodze wyjątku i po kilku długich tygodniach zaakceptowałem jeszcze prosiaki.
Tym bardziej dziwi mnie czemu Martyna ostatnio stwierdziła, że żyjemy na kocią łapę.
"Żyjemy" czyli, że ja też ?!? W głowie mi się to nie mieści, jak tak można i co to oznacza ?
Jako że nie doszedłem do satysfakcjonujących wniosków postanowiłem podsłuchiwać ich dalej w tym temacie i chyba już wiem co to znaczy.

Według moich obliczeń
na kocią łapę polega na:

- spaniu w soboty do południa
- przerwach na kawę
- oglądaniu tvki do północy
- jedzeniu frytek
- obgadywaniu znajomych
- podglądaniu sąsiadów
- obieraniu ziemniaków



...a jeśli to nie o to chodziło to przepraszam.






10 kwietnia 2013

Z cyklu "Co to jest ? " czyli pogoda pod psem

Dziś słów kilka po pogodzie.
Z pogodą jest podobnie jak z pracą- nie do końca wiem co to takiego.
To kolejna rzecz, o której M. i K. dużo mówią. Z ich słów wywnioskowałem, że na pogodę składają się następujące elementy:

- widok za oknem
- termometr na balkonie
- grzejnik
- narzekanie M.
- czapka i szalik
- zimno w łapki

Z tego co podsłuchałem pogoda może być:

- ładna
- chujowa
- "O nie, znowu pada..."


Odkąd jest z nami M. nie tylko stałem się celebrytką, więcej jem ale też wzbogacam swój słownik.
Pogoda do tej pory w nim nie funkcjonowała bo K. chyba nie rozróżniał wcześniej pór roku- zawsze chodzi w tych samych krótkich spodenkach i adidasach. Widzę, że M. ma szerszy repertuar. Obecnie pogoda dla niej to kożuch i kozaki. Hmm, ciekawe jakbym się w takich walonkach prezentował...
Ale wracając do tematu- obserwuje swoistą niechęć do tematu pogody. Czyżby to dlatego, że jest wiosna a pada śnieżek? Biedna pogoda, ja to ją nawet lubię - czy jest zimna, czy mokra czy słoneczna. Mnie jest obojętne bo i tak przeważnie śpię a w tym żadna aura mi nie przeszkodzi...

Z okazji ostatnich dni ze śniegiem Martyna uparła się żebyśmy sobie zrobili sweet focie w parku. Muszę przyznać, że to niestety nie był mój dzień. Oto rezutlat:








4 kwietnia 2013

Z czego składa się bokser

Obejrzałem ostatnio z M. strasznie irytujący filmik na YT.
Film miał być o jamniczku ale wydaje mi się, że raczej nie był.
Jakiś kolo durnowatym głosem zaczął  opowiadać "Z czego składa się jamiczek" ale cos mu chyba nie wyszło. Tak czy inaczej skłoniło mnie to do rozmyślań z czego składa się bokser. Zainspirowany wpisem początkujacej blogerki Ciciuy postanowiłem się sobie lepiej przyjrzeć i podzielić z Wami swoimi obserwacjami.

Z tego co widzę to składam się z łap, plecków i brzucha. Wszystko to pokryte jest włosami, duuuużo włosów w kolorze snickersa (może dlatego mówią o mnie, że jestem "słodziak"). Duuuużo mam też zmarszczek. One się przydają bo nadają mi inteligentniejszego looku.
Na brzuchu mam siurka a ciut dalej jajka- moja duma!

Odkąd nauczyłem się stoić i przeglądać w lustrze wiem, że mam też mordę. Morda jest piękna i służy do jedzenia. Od M. wiem, że mam też "śmierdzącą dupę" ale tej części do dziś nie potrafię zlokalizować.




 



Z filmu dowiedziałem się również, że jamniczek posiada trzy stany emocjonalne. 
Ja mam ich co najmniej pięć:
- "chce spać"
-"jestem głodny"
- "chce siku"
- "chce spać"
- "pobaw się ze mną bo cię obślinię"

Więcej nie rozpoznaję.

Dorwałem gdzieś atlas biologiczny i generalnie widzę, że podchodzę pod organizm wielokomórkowy, złożony choć raczej nieskomplikowany w obsłudze.





29 marca 2013

Do pracy rodacy !

Dziś piątek wiec na zakończenie ciężkiego tygodnia słów kilka o pracy.
Martyna z Kubą często mówią o pracy, a nawet kłócą się na ten temat.
Że jest nudna albo, że za dużo jej itp. No i tak się zastanawiam - co to jest ta praca ?

Martyna mówi, że wychodzi do pracy. Najpierw myślałem, że to jakaś jej kumpela ale chyba ten trop jest fałszywy. Kuba tez ją ma ale nigdzie nie wychodzi w związku z tym naprawdę zgłupiałem ostatnio co to właściwie jest. Sprytnie podsłuchałem, że ta praca to im pół życia zajmuje. To już była jakaś podpowiedź. Jak tak patrze na Kubę to on pół życia a nawet ¾ spędza siedząc przy biurku i klika w klawiaturę i obrabia jakieś szlaczki co jak mini ćmuszki wyglądają na monitorze. Czyli to jest ta praca? Czyli to nie jest osoba tylko czynność? Taka czynność jak szturchanie miski, bieganie za piłka albo sikanie w windzie? Chyba nie bo Kuba ewidentnie nie ma z tego takiej radochy jak ja z powyższych zajęć.
Postanowiłem się przemóc i potowarzyszyć mu w tej pracy.

Ciemność widzę ciemność


Niestety myszkę ma tylko jedną więc zostało mi gapienie się w ekran. Od czasu do czasu puszczałem jakieś delikatne bluzgi w przestrzeń jak i on to zwykł czynić. Patrzę, patrzę i nic nie kumem, ni bu bu. Przeniosłem się na druga stronę biurka co by sobie zmienić kąt widzenia ale nadal nic w tym ciekawego nie odnalazłem. Wtem Kuba wstał i oddalił się o kuchni celem zaparzenia kawy. Co za ulga! To się nazywa przerwa, ja to znam! Przerwy są super bo mnie wtedy drapią za uszkiem, podrzuca jakiś przysmak, coś miłego powiedzą. Niestety, robienie kawy trwa tak krótko, że się nawet pies nie zdąrzy porządnie otrzepać a ten znowu siedzi z łapą na myszce. No i znowu nuda.
Ja to się tej Martynie już nie dziwie czemu ona mu ciągle jojczy, że za dużo przed tym kompem przesiaduje, też wariowałem a byłem w pracy ledwo kwadrans i to było o kwadrans za długo! Czemu oni nie mogli sobie życia ustawić tak jak ja? 3/4 przerwy a 1/4 pracy to zdecydowanie dogodniejsze proporcje - polecam!

Praca wygląda zdecydowanie lepiej z pewnej perspektywy