24 czerwca 2015

dieta cud


W naszym domu, w kwestii kulinariów, podział jest dość jasny - M. jest wiecznie na jakiejś diecie ( a nawet trzech, bo jedną się zazwyczaj nie najada), a K. i ja wpitalamy wszystko jak leci. 
M. nie je wielu rzeczy bo jej szkodzą a te, które konsumuje bywają dość obrzydliwe - ani słodkie, ani słone, ot pasza dla koni. Jej diety zazwyczaj kończą się w okolicach weekendu, kiedy to rzuca się wygłodniała na ciasto, chipsy i golonkę zapijane piwem.  K. stosuje tę weekendową dietę przez cały tydzień. Korzystam na tym i ja, no bo to nie ma bata, żeby z talerza coś nie spadło wprost do ślicznego ryjka zalepionego śliną. Podziwiam tych, którzy na co dzień spożywają domową cielęcinkę z czarnuszką, ale nie zazdroszczę, Nutella jest równie dobra jeśli nie lepsza.

Moja dietę można w skrócie podzielić na :
- dietę domową
- dietę wyjazdową
- dietę weterynaryjną

Dieta domowa polega na misce pełnej groszków i czegoś miększego raz dziennie, oraz dojadaniu w tak zwanym międzyczasie wszystkiego co się nawinie. Czasami próbują mnie oszukać i sprawdzają moją czujność podtykając mi jakieś obrzydlistwa w stylu banan czy marchewka ale rzadko daje im się mnie nabrać.

Dieta wyjazdowa oznacza miskę u babci pełną serdelków, smalczyku, makaronu. Kobieta wykarmiła przez ostatnich 30 lat 3 facetów i wie, że prawdziwy mężczyzna nie je przecieru z warzyw tylko prawdziwą, krwistą kaszankę.

Dieta weterynaryjna jest wtedy kiedy idę do doktorka (ostatnio coraz częściej) i dostaję niezliczoną ilość groszków i podgryzków bo w mojej lecznicy jestem prawdziwym cudem natury ("On przeżył parwowirozę !") i mam wielu fanów w kitlach, którym wprost jem z ręki. No chyba, że ręka podaje piguły - te wyczuwam na kilometr i grzecznie dziękuję, ale nie.

W wyniku nastania mody na zdrowe żywienie, w naszym domu co rusz pojawiają się jakieś nowości - kasza jaglana (fuj!), granulki błonnikowe ( fuuuuuj!), daktyle (nawet, nawet), tofu (bleee). 
Całe szczęście mnie ten trend omijał. Do zeszłego tygodnia, kiedy to kurier przyniósł paczkę zaadresowana na mnie. W paczce były puszki a w puszkach karma. Wreszcie nie jakieś suche siano tylko normalna, pachnąca karma. Ślinka pociekła i to nie raz. M. się uparła, że zanim spróbuje zawartości musi być sesja. Ekstra, kolejne foty, no dobra, niech jej będzie. Odbębniłem swoje próbując już w trakcie strzelania fotek nadgryźć albo chociaż polizać puszki. Niestety aluminium okazało się zupełnie bezsmakowe.

Od tygodnia żywię się zatem na przemian kurczakiem, indykiem i dziczyzną z ryżem w sosie. Najbardziej jednak do gustu przypadła mi karma z linii "Premium" - sie wie, gust to podstawa !
Muszę przyznać, że nad Doliną Noteci robią całkiem wytrawne żarło. Na jego korzyść przemawiają :


- skład - 65% mięsa + warzywa + brązowy ryż + olej lniany + ziółka

- zapach (mniam !)

- konsystencja (gęsta, zbita papka)

- opakowanie - ja się nie znam ale K. mówi, ze ma dość puszek, w których zawleczka odpada w połowie otwierania a z tych puszek nic nie odpadło.




Z gustami się nie dyskutuje a każdy żołądek jest inny ale ja - Panicz Stefan - chwalę sobie tę karmę, którą dostaliśmy od sklepu Zwierzakowo.pl,  za co serdecznie dziękujemy.






16 czerwca 2015

maxi prezent - testujemy nową smycz




Też tak macie, że jak coś się psuje to w zasadzie wszystko na raz ? Nam ostatnio padł odkurzacz, zaraz po tym zapchała się pralka i jeszcze M. rozkleiły się klapki - istny armagedon. Mnie zaginęły wszystkie piłeczki, popruła się smycz i odpadł szósty pazur. Jak żyć w takich warunkach ? Jedynym plusem psujących się rzeczy jest to, że można iść na zakupy. Albo lepiej - można rozsiewać wieści w koło i trzymać kciuki, że ktoś życzliwy podsłucha i zaświta w jego głowie myśl, co by wesprzeć skromną polską rodzinę podarunkiem. Ta druga opcja zdarza się niestety o wiele rzadziej. Najlepiej jest wtedy, gdy rzeczy psują się lub giną w okolicach jakiś większych świąt, np. bożego narodzenia albo urodzin. Wtedy w zasadzie można być pewnym, że bliscy skojarzą fakty i kupią nam nową pralkę / lodówkę / wannę z tej właśnie okazji.
Niestety w przypadku naszej trójki sytuacja jest obecnie wyjątkowo ciężka ponieważ nasze święta kumulują się w okolicach początku i końca roku a pomiędzy jest wielka pustka i, nie ma co liczyć za bardzo na prezenty. Ja jednak mam to szczęście, że jestem śliczniusi, podziwiany a ludzie są wyczuleni na moje potrzeby. Dzięki temu dostaję prezenty bez okazji, na tak zwaną "gębę".

Pech chciał, że armagedon dotknął i mnie gdy ostatnia zabawka wypadła przez balkon i została pochłonięta przez kosiarkę do trawy ( #RIP) a smycz z El Perro, która miała przeżyć tsunami rozpadła się w szwach. Czyli zero zabawy w domu i zero spacerków ? Z pomocą przyszło Maxi Zoo, przesyłając nam paczkę, zawierającą m.in. nową smycz i maczugę. Jestem uratowany! pomyślałem i od razu zabrałem się za rozbrajanie zabawki. Taka maczuga to doskonałe rozwiązanie dla psów takich jak ja czyli mających mocny uścisk i zamiłowanie do niszczenia. Wykonana jest z twardej gumy i posiada wypustki umilające gryzienie. Myślę, że przeżyje dość długo mimo częstego użytkowania. M. mówi, że dzięki takim gadżetom jestem jak kot - bawię się sam i nie zawracam głowy.
Smycz natomiast jest z AniOne, firmy dostępnej tylko w Maxi Zoo. Została dobrana pod kolor maczugi. Jest mocna, podwójnie przeszyta, nylonowa i ma stalową obręcz umożliwiającą przepinanie. Do tej pory zaopatrywaliśmy mnie w specjalistycznych sklepach albo u drobnych wytwórców, w przeważnie spersonalizowane wersje smyczy i obroży. Jednak muszę przyznać, że ta "korporacyjna" smycz jest dużo lepiej wykonana od wszystkiego co miałem dotychczas. Idealna do nowych szelek. Także moi mili - kończę post i spadam na spacer...




1 czerwca 2015

~


Moja przygoda z różnymi rodzajami "uprzęży" rozpoczęła się od, owianej jakże złą sławą kolczatki. Wiem, wiem, pewnie teraz zgrzytacie zębami ale zanim zadzwonicie po patrol dla zwierząt doczytajcie do końca. Kolczatka została rytualnie spalona po pierwszej wizycie pani trenerki, która od wejścia zrugała K. i znacząco westchnęła na jej widok. Dla pocieszenie powiem wam, że kolczatka nie poraniła mojej szyi, nie przedziurawiła tchawicy ani nie wżynała w krtań. Z jakiegoś, bliżej mi nie znanego powodu, K. myślał, że kolce powstrzymają mnie od ciągnięcia na spacerach. Efekt był jak się domyślacie żaden. Druga w kolejności była obroża. Węższa, szersza, w pszczółki i azteckie wzory. Po jakimś czasie do obroży dołączyła uzda. Brr, na samą myśl się wzdrygam. Więcej na jej temat znajdziecie TU.

Jako, że jestem mimowolnym królikiem doświadczalnym dla ludzkich fantazji a M. przyzwyczaiła mnie do noszenia na karku takich tekstylnych dziwactw, o których nie śniło się nawet filozofom, nadeszła pora na kolejny wynalazek  -szelki. Tu zaskoczenie - pomysł wypłynął od K., który nieśmiało raczył wyartukułować swój pomysł któregoś pięknego wieczoru. M. jako fanka shoppingu w dowolnej dziedzinie podchwyciła i zaczął się risercz sieci w poszukiwaniu kolejnego gadżetu, który miał odciążyć ramiona nadwyrężone moim ciągnięciem. W ramach rozeznania rynku zasięgnęliśmy języka u samej Zosi z Psa w Warszawie. M. wypatrzyła, że jej pasierbica bokserka Milla chadza w szelkach i kiedy okazało się, że nie są pozłacane i nie kosztują tryliona złotych zapadła decyzja. Następnie nadszedł wyczekiwany dzień dostawy. Czekaliśmy aż M. wróci z pracy i otworzyliśmy wreszcie paczkę. Cóż mogę powiedzieć - opakowanie zajebiste, przepyszny karton z bielonej tektury rwał się bez oporów a jego resztki fruwały po całym mieszkaniu. Zawartość już gorsza no ale co ja mogę. Wcisnęli mi łeb, zapakowali kuloska, podpięli smycz. Staliśmy tak chwilę patrząc na siebie i każdy miał to samo wrażenie - coś jest nie tak. Powtórzyliśmy powyższe czynności raz jeszcze drugi i trzeci i voila ! Udało się oblec mnie w szelki. Szczerze mówiąc, przyzwyczajony co tygodniowymi przebieranakmi mam z grubsza gdzieś w czym wychodzę na dwór. Poszliśmy na pierwszy spacer i normalnie mnie trzepnęło. Każde moje pociągnięcie sprawiało, że musiałem obrócić pół korpusu ze zdziwienia o co kaman. Obracając się widziałem zadowolone ryje i błysk  w ich oczach w stylu "Udało się, to działa!". No działa. Działa na tyle, że nie chce mi się już tak bardzo przeć do przodu bo mnie te szelki wkurzają.

Wszyscy poza mną zadowoleni są z nowego zakupu choć K. nadal uważa, że w szelkach wyglądam jak debil. Ale co on tam może wiedzieć. Na koniec muszę wam jeszcze wytłumaczyć skąd tytuł tego posta - otóż moje szelki nazywają się Trixie Flash stąd mój nowy przydomek Flash Gordon (obczajcie filmik ponizej !). Flash no bo świecą i to na trzy różne sposoby - światłem ciągłym, migającym i ekstremalnie migającym aż do wypalenia oczu. Oczywiście nie cały czas, tylko jak się naciśnie sprytnie ukryty guziczek. Niestety ja doń nie dosięgam więc nie jestem w stanie sam zamienić się w żywą latarnie. Ciekaw teraz jestem co oni jeszcze wymyślą żeby mnie uszczęśliwić.


PLUSY:                                                                                  
- mniej ciągnę                                                                          
- nie przeszkadzają mi
- świecą czyli łatwiej mnie dostrzec
- nie są porażająco drogie - jak na początek akuratne

MINUS:
- zdecydowanie gorzej prezentuje się na zdjęciach gdyż zasłaniają moją klatę a tworzą mało fotogeniczną plątaninę pasków (szelki + smycz)

Na koniec mam dla was prawdziwy rarytas wart Oskara co najmniej. Film dokumentalny, prosto z ręki K. i po edycji M., no właściwie to prawie dogma i Bergman w jednym. Jedno zastrzeżenie - oglądać KONIECZNIE Z DŹWIĘKIEM NA FULL bo bez dźwięku to przyśniecie pewniakiem. Nasz pierwszy film własnoręcznie podrasowany więc się jaramy :D






20 kwietnia 2015

wyczesany test # 8


U nas w domu rozmowy na mój temat wyglądają mniej więcej tak:

* Zostaw go, widzisz, że nie chce się przebierać.

Po czym wygrywam talon na 2 stówki w konkursie na najlepszy psi outfit.

* Nie męcz go, on nie lubi pozować.To nie jest Anja Rubik, to jest PIES.

To jest pies BLOGER a za pozowanie dostaje podgryzki więc zamilcz śmiertelniku bo jesteś w błędzie.

* Serio, kwiatek za uchem? Co ty z niego robisz?

I kto własnie jest gościnnie na profilowym "Nasze boksery" na FB ?

Tak jest za każdym razem gdy malujemy sobie z M. paznokcie, mierzymy rajstopy albo dobieramy klipsy do pory roku czy ćwiczymy nowe komendy. Chłop ma dwie pary spodni i trzy t-shirty i nigdy szafiarki nie zrozumie. Jak zauważyliście, słowa klucze w słowniku K. to "on" oraz "nie lubi". Chłopakowi się wydaje, że skoro mieszka ze mną już 7 lat, skoro wybrał mnie z miotu (taaa,kto kogo wybrał...), skoro wyciągnął śmierci z objęć to wie o mnie wszystko. To oczywiście błędne założenie, które wynika z przekonania, że ludzie / zwierzęta się nie zmieniają. Otóż nie jest to prawdą a ja jestem tego  doskonałym przykładem.
Podobnie było gdy, już jakiś rok temu M. przyniosła do domu rękawiczkę z gumowymi wypustkami. Wydawało mi się w pierwszym odruchu, że to jakiś ich nowy fikuśny gadżet do sypialni. Jak się jednak okazało rękawica była dla mnie i było to coś przełomowego.

* Zostaw go w spokoju. On nie lubi być czesany. Nie rób z niego yorka !

Głupiec! Na szczęście M. nie dała się złamać. Wyciągnęła moje oporne cielsko na balkon i zaczęła się istna orgia wyczesywania. Nigdy dotąd nie muśnięta nawet sierść, latała unoszona wiatrem, wpadała do oczu i nosa, czepiała się spodni i bluzy. Nie to jednak zaprzątało moje myśli skupione wokół dreszczy rozkoszy. Okazało się, że jednak (jak to możliwe? Czyżbym jednak miał w sobie gen yorka?) uwielbiam być wyczesywany a zwłaszcza po kąpieli i na świeżym powietrzu metropolii.
Od tego cudownego momentu minął rok, w tym czasie rękawica zmieniła kształt i zaczęła przypominać ścierę. Zapewne przez niewłaściwą konserwacje czyli w pralce wypranie. Po kilku sesjach M. i K. mieli już też trochę dość mojej sierści na sobie bo tak głównie rękawica działała - nie zbierała sierści a raczej rozprzestrzeniała ją po okolicy, w której potrafiły być czarne spodnie i gałki oczne malowniczo oblepione pomarańczowym podszerstkiem.


Wtedy pojawiła się w naszym życiu- niczym wybawienie - Doktor Jola i Furminator. Jako znany i ceniony bloger zostałem zaproszony przez zacną redakcję Dog Life do przetestowania tego narzędzia nowoczesnej pielęgnacji. Ze sprawdzonego źródła wiem, bo mi doniesiono, że chciał mnie wygryźć z tej fuchy jeden mops. Na szczęście dla niego wycofał się. Umówiliśmy się z Jolą w parku, bo tam zazwyczaj zabieram dziewczyny na spacer. Jak na zawołanie zza chmur wyszło słońce i już wiedziałem, ż to będzie udany wieczór. Nie spodziewałem się jednak, że aż tak. Jola i M. gadały w najlepsze a ja się zastanawiałem, czy ja im w ogól jestem potrzebny ?! Na szczęście w końcu się reflektowały i przeszły do rzeczy. I tu dochodzimy do zasadniczej części recenzji.
Furminator proszę państwa wygląda jak sporawa golarka i trzeba przyznać, że swoje waży. Ale, jak to mawiają, jak coś jest dobre, to musi swoje ważyć - jak Rolex na przykład. Przyrząd mieści się w specjalnie dedykowanym etui. Moja sierść, jak to u bokserów,nie jest specjalnie długa ale za to dość gęsta. Przez to martwe włosy nie spadają z łatwością a czepiają się siebie nawzajem i noszę je na sobie. Każde otrzepanie się oznacza opad tony kłaków na parkiet (spodnie, kanapę, poduszki). Dlatego ciężko jest się z nią uporać. Mnie to tam wszystko jedno ale ludzie bywają przez to czepialscy. Jedno przeciągnięcie Furminatorem po karku uświadamia dobitnie skalę problemu. W zasadzie po każdym przeciągnięciu po kręgosłupie urządzenie było pełne sierści. Świadczy to o jego skuteczności. Wyczesanie całego boksera typu Stefcik zajmuje jakieś 20 minut. Ale warto, warto dla efektu, dla spektakularnego połysku, dla braku sierściuchu w domu.

Podsumowując - warto mieć coś takiego w domu - dla swojej wygody i przyjemności psa. Chętnie bym nabył ale M. powiedziała, że to sporawy wydatek i muszę poczekać do gwiazdki. No cóż - życie... A póki co, jeśli ktoś zainteresowany to z przyjemnością, gwarantowaną dla obu stron, wypożyczę się i do kolejnych testów. W grę wchodzi towar każdego sortu, nie jestem wybredny - podpaski, lokówki, whisky...
zdjęcia z M. dzięki uprzejmości DogLife.pl

PS: Zajrzyjcie na DogLife po recenzję z innego punktu widzenia. Ciekaw jestem czy Jola też tak miło wspomina spacer ze mną. Buziaki dziewczyno !







29 lipca 2014

Wakacyjny poradnik wujka Stefana czyli walizkowy niezbędnik

 Niedawno, z nieskrywanym zdziwieniem odkryliśmy, że istnieje coś takiego jak "lista walizkowa" czyli spis rzeczy, jakie zabiera się na kolonie. Jak się domyślamy, na takiej liście wymienione są wszystkie bibeloty, które masz przed wyjazdem włożone do walizki / plecaka, od ciuchów, przez leki po prezerwatywy. Jeszcze bardziej zdziwiło nas to, że ludzie faktycznie takich list używają. Z tego co wyczailiśmy dzięki FB (nieustające źródło abstrakcyjnych informacji) listy takie przygotowują matki pakujące swoje pociechy. Przygotowana i zalakowana lista ląduje na dnie plecaki i wtedy już można z czystym sumieniem wykopać bachora z domu na czas dłuższy.

Miny M. i K. jak się o tym dowiedzieli - bezcenne. M. zrobiła risercz w pracy - nikt nic nie wiedział w tym temacie. Pozbawieni tych doświadczeń, moi samopakujący się koloniści i obozowicze postanowili nadrobić zaległości i zakpić tym samym ze mnie. Przygotowali mi uniwersalną listę na wypad za miasto (harmonizującą z kolorem  mojej walizki od Loui Vuittona) . Efekt widoczny poniżej. Kopirajty nie zastrzeżone, możecie śmiało korzystać z tych mądrości.



3 lutego 2014

Test 7 - lakier do paznokci albo Cierp ciało jak chciało...



...być piękne i młode. Mnie się zachciało. Po ostatnim wpisie o szafiarkach dostałem bardzo pozytywny feed back. Wiem, że oszaleliście na punkcie mojego golfa- nie dziwie się Wam. Skoro tak to postanowiłem kontynuować modowy temat i pójść o krok dalej. Nie wiem czy wiecie ale szafiarki-prócz ciuchów, butów, biżuterii oraz facetów lubują się też w kosmetykach. Co jakiś czas pojawiają się wpisy nt. nowości kosmetycznych itp. Moja ulubiona szafiarka Rebel Look zaprezentowała ostatnio światu swój pierwszy # manicure #tipsy #hybrydy #sexy. Do tej pory odrzucało mnie za każdym razem jak M. bawiła się tym gównem ale postanowiłem zaryzykować i w myśl zasady Cierp ciało jak chciało pozwoliłem umalować sobie kilka pazurów. Pominę smród jaki się wydobywa z tych buteleczek, nawet nie chce mi się o tym wspominać. Poza tym to nawet całkiem fajna zabawa. Tak więc dziś prezentuje Wam kilka wersji nowego manikjuru i pytam Was fani moi- na który kolor się zdecydować? Kuba mówi, że róż jest pedalski i M. zrobiła ze mnie tanią dziwkę ale to bardzo niegenderowe z jego strony. Na dodatek wyśmiewa się z moich paluchów twierdząc, że wyglądają jak twarzoczułki pająka więc go nie słucham. Osobiście skłaniam się ku śliwkowemu. Jak sadzicie?












28 listopada 2013

WIRUJĄCY SEX albo "na pieska"

Był środek tygodnia. Za oknem szarówka. Moi w robocie, ja na kanapie grzałem dupkę.
Nic nie zapowiadało nadchodzących zdarzeń. Ok. 17 pojechaliśmy po M. do pracy, w międzyczasie szybki szczoszek na trawniku a tu zaskoczenie- wsiadamy ponownie do auta i jedziemy. Mijamy kolejne bloki, markety, ciężarówy. Latarnie napitalają, radio brzęczy. Aż tu nagle miasto się skończyło, pociemniało a za szybą coraz mgliściej. Doszło do mnie, że coś jest nie tak. Jak okiem sięgnąć pola, pola, szczeciny. Przejechaliśmy tory, pociąg zawył i wtę zatrzymujemy się. Przyznam, że poczułem lekką ekscytację kiedy stanęliśmy wśród domków, ogródków, ogrodzeń i innych takich atrakcji Andrzejowa.

Wychodzę z auta i już wiem- odwiedziny u naszej ulubionej blogerki Joli! Jupiii.
Jola otwiera drzwi i nagle olśnienie! Moim oczą ukazała się dama niezwykłej urody. Rozwiany włos, szeroka klata, cycki wyciągnięte prawie do ziemi- no po prostu bomba! Piękność zowie się Lola i już ją biorę w obroty. Laska trochę nieśmiała ale przepędziłem ją kilka razy wokół ogródka i się rozochociła. Trochę kokietka-przyznaje. Warknęła parę razu, odgryzła się, miźnęła pazurkiem ale na mnie to podziałało ja płachta na byka. W skrócie brałem ją wielokrotnie i w przeróżnych pozycjach. W pewnym momencie już się poddała i była na moje usługi. Po chwili z zielonej trawi przenieśliśmy się na pokoje. Lolka ewidentnie nie dawała już rady. Kuba też bo próbował trzymać mnie i moje hormony na wodzy dobrą godzinkę przy pomocy smyczy. Przeszliśmy do nieco delikatniejszych pieszczot. Lizanie uszków to wyjście połowiczne ale niżej nie mogłem już dosięgnąć. W pewnym momencie moja chuć doigrała się i poszedłem na karnego jeżyka, czyli do klatki- osobliwe doznanie, nie polecam, no chyba, że ktoś ma taki fetysz ...



Jola podburzała mój zapał powtarzając co i rusz, że "Lolka jest do wzięcia" ale chodziło jej chyba o to, że damula szuka domu, takiego na stałe. Jako urodzony Don Juan nie mogę jej tego zapewnić ale jeśli ktoś z Was byłby chętny przygarnąć ślicznotkę to więcej info znajdziecie tutaj: http://doglife.pl/pitbull-o-golebim-sercu/



A poniżej nasza porno sesja (mam nadzieję, że nie usuną mi za nią blożka)







14 października 2013

Smacznego!

Dawno mnie już tutaj nie było.
Na wstępie dziękuję za wszystkie pytania czy jeszcze żyje. Otóż żyje choć sam sobie się dziwie bo odcięli mnie od pokarmu. Zaczęło się od ograniczenie racji żywnościowej do 1/3 porcji a od tygodnia nie dostaję już nic. Radzę sobie z tym jak mogę- wyszukuje resztki pod kanapą (ostatnio wyczaiłem 2 groszki!), zjadam liście. Musze przyznać, że ściółka  leśna to był jednak nie najlepszy pomysł- rzygałem dalej niż widziałem. Ale co tam-nie chcą karmić to nie sprzątają! Jeśli jednak ktoś chciałby się skusić uprzedzam, że po liściach mam potworne gazy. Nie wiem do końca o co kaman ale to chyba część tego całego szkolenia. Chcą żebym zgłodniał, żebym zaczął reagować na pokarm i jadł na dworzu. Coś mi tu nie pasuje- czy oni jedzą na dworzu? Nie, jedzą w domu. Ostatnio coś mi się już z tego głodu pomieszało w głowie i zacząłem jeść dom. W zasadzie to część domu w postaci silikonowego ogranicznika do drzwi. Niestety nawet i to zostało mi odebrane. Co robić? Poszukałem trochę w necie licząc na jakieś inspiracje i oto efekt- okazuje się, że są na tym świecie ludzie, którzy jedzą przeróżne rzeczy, nieznane zwykłym śmiertelnikom.

Oto jedne z najciekawszych pomysłów:
- okazuje się, że niektórzy jedzą ziemie. Ale nie taką ordynarną ziemię tylko rarytasy ze spreparowanego piachu. Na TLC widzieliśmy program o restauracji Dirt (!) w Tokio, która serwuje ziemiste pulpeciki, ziemiste carpachio a wszystko to można popić wódą z ziemi. Jednak po reakcjach klientów tego przybytku sądzę, że to jednak jednorazowa atrakcja. No i jest jeden podstawowy problem- taka kolacja kosztuje ponad 150 dolców a ja mam skitrane tylko ojrasy...

- internet podpowiedział mi też, że niejaki Jacek Stachursky odżywia się energią z kosmosu (polecam ten link!). Nie wiem czy ją jakoś doprawia czy je na surowo ale jeśli miałbym po niej TAK śpiewać to
dziękuję.


- ponoć można też żyć samą miłością- gdyby to była prawda Kuba nie opitalałby co drugi dzień 8 snickersów a Martyna nie wchłaniałaby paczki pop cornu przed telewizorem. To-muszę przyznać-bardzo ekonomiczna wersja ale pachnie mi jakąś sektą.

Jak widać różne są sposoby ale nie ma to jak pełna micha okraszona parówką i śmietanką.
Być może doczekam się kiedyś powrotu tych pięknych chwil kiedy to kong pełen był groszków i nie musiałem wykonywać żadnych ekwilibrystycznych sztuczek w stylu "siat" albo "puść" żeby napełnić brzuchola.

13 września 2013

Tester jakości

Że Stefcik to koneser to już wiecie z wcześniejszych wpisów. No ale co ja poradzę, że lubię. Najbardziej słodkości. Najbardziej z czekoladą. W zasadzie z czekoladą zjem nawet siano. Chociaż osobiście wolę naleśniki. Tak, naleśnik z czekoladą to jest to...i z boczkiem...i z parówką...i z ketchupem, no ewentualnie podlany żurkiem. Ale do rzeczy...



W wyniku szkolenia, o którym niedawno Wam opowiadałem K i M zmienili moje nawyki żywieniowe. Nie przełożyło się to niestety na jakość pokarmu ale odbiło na sposobie serwowania. Otóż zniknęła gdzieś moja miska i pojawiło się jakieś dizajnerskie ustrojstwo o wdzięcznej nazwie U.F.O. W skrócie wygląda to tak, że przed każdym kęsem muszę usiąść, zostać pogłaskany, wysłuchać, że "doooobry pies" i wtedy dostaje po ćwieć porcji żywieniowej. Sytuacja powtarza się kilka razy dziennie. Poza UFO jest tez gwizdek w schemacie: gwizdnięcie- jeden groszek-mlaskanie-gwizdnięcie-jeden groszek...i tak w koło macieju. Oszaleć można. Podobno ma mnie to nauczyc cierpliwości, oduczyć żebrania i "nakręcić" na jedzenie. A ja sie pytam-czy nie łatwiej byłoby podać Nutelle- ja jestem na nią nakręcony jeszcze zanim ją kupią! Poza tym żebranie jest integralną częścią mojej osobowości.
Ciekawe czy oni byli by tacy zadowoleni jakbym im zabrał talerze i wydzielał po ułamku kanapki za każde przysiądniecie i strzelenie słodkiej minki ? Szykuje zemstę...



8 sierpnia 2013

Test 6 - Dirt Bike Park



Pewnie nie wszyscy wiecie ale mój Kuba jeździ na rowerze.  Ale nie tak zwyczajnie jak te leszcze na ostrym kole, o nie! On jeździ dużo lepiej, szybciej i w ogóle bajecznie śmiga. Coś ostatnio podsłuchałem, że chłopaki z  Nitro Circus się do niego dobijali ale chyba nie był zainteresowany. Bo też trzeba przyznać, że to jednak jest skromniacha i nie ma parcia na sławę.  Nie to co Stefcik rzecz jasna...
Różnica miedzy nami jest taka, że on ma pasję ale się nią nie chwali a ja tylko leżę i cuchnę za to pochwalić się tym jak najbardziej mogę. Jakiś czas temu zabrał mnie ten mój poczciwina na nowy tor, podobny do tych, na których zwykł się rozbijać. Wynikiem tej wycieczki jest test Dirt Bike Park (nie czaje języków obcych ale to chyba po bułgarsku). Jechałem cały zajarany, że zobaczę wreszcie co i jak. No i muszę przyznać, że tym razem się nie rozczarowałem- górki, pagórki, gdzie nie gdzie błotko, jakieś mostki. No po prostu Raj na ziemi. Jak tylko to zobaczyłem puściłem się w długą. A co ja gorszy jestem? Ja hopki nie przeskoczę? Normalnie poczułem się jak jednorożec na tęczy. Fakt, trochę mi przeszkadzali inni zapaleńcy co to na rowerach nad głowa mi śmigali ale jakoś to przeżyłem. Trochę brak szacunku tak szczerze mówiąc ale trudno.



Podsumowując- teren super, każdy nowy celebryta miło widziany, sielskie klimaty.
Już rozumiem tego mojego Kubę czemu czasami i pół dnia go nie ma bo sobie wywrotki woli fundować bez kasku niż ze mną na balkonie się pobyczyć (choć osobiście wolę to drugie).












 




PORADA WUJKA STEFANA: Jeśli i twój chłop ma pasje daj mu się wyżyć od czasu do czasu to potem będzie dla ciebie milszy !




9 lipca 2013

Test 5 - rarytas dla prawdziwego mężczyzny






Z okazji minionego weekendu, co by umilić mi lato w mieście
Martyna uraczyła mnie cygarem.
 To, że lubię alkohol, dziwki i koks wiecie już z wcześniejszych moich wynurzeń. Od teraz do repertuaru dodaje kolejne uzależnienie- cygara. Żeby nie było-nie, nie jestem zmuszany do konsumpcji tytoniu. Moje ulubione cygaro jest w pełni eko, bio, fit, i natural bo w 100% z bażanta. Nie wiem co to bażant tak do końca ale skoro da się go zjeść to wchodzę w to! Mówili mi, że to kubański bażant- jeśli jeszcze nie wiecie to te podobno są najwyśmienitsze.
Jeśli każdy kolejny weekend będzie okraszony takim rarytasem to ja nie potrzebuję już żadnych dodatkowych atrakcji od losu.











PORADA WUJKA STEFANA: Walnij sobie cygaro przy weekendzie pókiś młody

20 czerwca 2013

Test 4 - kaczka

Niedawno na FB trafił mnie filmik z mopsem, podobno światowej sławy, który trudni się testowaniem przeróżnych zabawek. Pomyślałem- nie będzie mi chłop chleba zabierał. Dawno już nie wrzuciłem żadnego testu i oto nastała ta chwila.
 Ostatnio mam słabość do piszczących zabawek- zjadam je. Piłeczka, którą pochwaliłem się jakiś czas temu na swoim profilu przetrwała kilka dni- to był szok, dla nas wszystkich, serio...
Wczoraj wieczorem Kuba postanowił uszczęśliwić mnie nową piszczałką i, przy okazji kolacyjnych zakupów, nabył dla mnie drogą kupna ... kaczkę! Ktoś bardzo dziwny chyba powiedział im, że psy lubią spać z mięciutkimi maskotkami.



Tia... Jak coś jest miękkie to tym łatwiej ustępuje prze naporem moich szczęk. Kaczka była wyborna, piszczała elegancko a wszystko to trwało niecałe 5 minut. Z rozkoszą Hanibala Lektera rozszarpałem pluszaka. Zacząłem od skrzydełka, skończyłem na dziubku.

Kuba załamał tylko ręce, Martyna pokręciła z dezaprobatą głową. No coż, powinni byli już dawno wiedzieć, że co wpadnie Stefacikowi w paszcze nie wyjdzie z niej całe.



PORADA WUJKA STEFANA: Jeśli wasz pupil jest podobny do Stefcika to darujecie sobie fatygę i przeznaczcie te 13,90 no coś trwalszego niż pluszowa kaczka.

13 maja 2013

Test 3 - lakier do włosów

Dzięki Martynie poznałem różne kobiece tajniki. W tym te dotyczące wizerunku.
Przede wszystkim poznałem samo słowo "wizerunek" choć osobiście wole "imidż", brzmi bardziej światowo.
To ona pokazała mi, jak dobierać dodatki i, że wyjątkowo uroczo prezentuje się w pasiastych koszulkach.
Bardzo lubię obserwować jak ona dba o siebie, jak się maluje, czesze i robi te wszystkie rzeczy w łazience.
Fajne jest to, że mogę ją też bezkarnie podglądac pod prysznicem jako, że jestem poza wszelkim podejrzeniem (Stefcik wie, jak się ustawić).
                                   
Sexy look a la Stefi
Ale do rzeczy. Od początku naszej znajomości szczególnie fascynowała mnie suszarka do włosów.
Martyna droczy się ze mną i dmucha mi ciepłym powietrzem na brzuszek- strasznie miłe uczucie!
Niestety po wysuszeniu fryzury zwykła utrwalać swoje loki lakierem. Czasami nie zdąrzę uskoczyć i dostaję się w chmurę tego ochydztwa. Drażniący pył wdziera się do moich nordrzy i rozrywa je ja bomba Hiroschime. Koszmar koszmarów. Na dodatek niemiłosiernie szczypie w oczy! Nie wiem do prawdy jak ona to znosi ale przyznać trzeba, że ma bidulka nerwy, żeby się tak maltretować co rano.
Ten zapach chodzi za mną uparcie, do łazienki nie zbliżam się wcześniej niż w południe.

Prosiłem, błagałem- Dziewczyno, nie truj tym spreyem atmosfery bo mi od tego oczy żółkną a ona nic. Wręcz rozbawiona się wydaje i woła Kubę żeby mu pokazać jak zabawnie krzywie ryj kiedy kicham. Rozczarowują mnie czasami ci moi współlokatorzy, ech...

PORADA WUJKA STEFANA: Dbanie o imidż bywa bolesne ale "cierp ciało jak chciało" być boskie


29 kwietnia 2013

Test 2 - krople żołądkowe

No i się doigrałem...
Bardzo lubię asystować Martynie w kuchni. Ona lubi to chyba nieco mniej.
Wygląda to mniej więcej tak, że ona kroi, obiera, miesza, doprawia i pichci a ja tylko czekam co z tego będę miał do siebie czyli co skapnie z blaty wprost do mojej paszczy. W tej materii jestem wyjątkowo skrupulatny. Nigdy nie wiadomo co przyniesie kolejny dzień, zwłaszcza że w moim domu nie obowiązuje zasada "Nie dla psa kiełbasa".


Niestety od czasu do czasu zdarzy się jakaś wtopa. Podtykają mi pod nos różne okropności sądząc, że to mnie zniechęci do podjadania. Nice try ale nic z tego. Choć przyznać muszę, że niektóre z tych rzeczy są wyjątkowo paskudne. Tak było z kroplami żołądkowymi. Niestety nie skumałem, że to lekarstwo. Skupiłem się na fakcie, że to coś na żołądek czyli część brzuszka a większość rzeczy, które do brzuszka trafiają są superowe. Gorzko zapłaciłem za swoją naiwność, oj gorzko. Takiego paskudztwa daaaaawno nie miałem w pysku. Posmak pozostał na długie godziny. Nie pomogło przepicie wodą, nie pomogło przegryzienie bułką z masłem. Ten smak i zapach skutecznie zniechęciły mnie do podjadania na cały dzień.

PORADA WUJKA STEFANA: Przed zażyciem  skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą.

23 kwietnia 2013

Test 1 - ćmuszka

Postanowiłem wprowadzić nową rubrykę na mojego bloga i opisywać w niej wyniki testów, które przeprowadzam w wolnej chwili na własną rękę.

Testowanie leży w mojej naturze. Najczęściej do tego celu używam języka. Wbrew powszechnej opinii jakoby węch był najczulszym psim zmysłem w moim przypadku najbardziej wyczulony jest smak.
Zastanawiałem się kiedyś czemu tak jest. Nochal mam przecież znacznie krótszy od większości psów zatem zapach ma też krótszą drogę aby dotrzeć do mózgu. To doprowadziło mnie to błyskotliwej myśli, że może nie mam mózgu (?). Zresztą wychodzę z założenia, że jeśli czegoś nie widziałem to to nie istnieje a takiego mózgu nigdy me oczy nie ujrzały.

Także smak. To jest to! Aby poczuć smak trzeba liznąć.
Na pierwszy ogień wziąłem ćmuszkę znalezioną na lodówce.
Siedziała tam już od tygodnia i potwornie mnie irytowała. Jakby specjalnie ją tam przykleili celem wkurzenia mnie. Troszkę podejrzane mi się wydało, że nigdy się nie poruszała ale może była jeszcze w zimowym śnie czy co ? Tak czy inaczej postanowiłem przypuścić na nią atak. Jeden zwinny ruch i ćmuszka wylądowała na podłodze. Szczęśliwie M. i K. nie było w domu także mogłem spokojnie przystąpić do testu.
Jakież było moje zdziwienie kiedy się okazało, że ta ćmuszka smakuje zupełnie inaczej od tych, do których przywykłem. Po pierwsze była dużo twardsza a po drugie nie ruszała się wcale! Trącam nosem, przydeptuje, pluje a ona nic, ani drgnie. Smak był bez szału, gumowy jakiś jak opony trochę. No słowem - totalne rozczarowanie. Zawsze tak jest jak się pies na coś napali - zawód podwójny.


Potem podsłuchałem jak M. mówiła, że magnes strąciłem i pogryzłem. To to nie była ćmuszka ?!? Wredni ludzie, oszukali mnie! To strasznie niebezpieczne, że teraz różne gadżety w kształcie przysmaków robią. Można się naciąć jak nigdy.

PORADA WUJKA STEFANA: Uważajcie co liżecie !