3 lipca 2015

Ostry dyżur



Sobota, 20 czerwca
godz. 9:00 - od kilku dni kuleję wiec wymykamy się z K. z domu kiedy M. jeszcze śpi i jedziemy do mojego ulubionego doktorka do Zgierza. W oczekiwaniu na wizytę zaprzyjaźniam się z buldożkiem. Nasza znajomość trwa jednak tylko do chwili gdy bezwstydnik próbuje mnie zgwałcić. Zrywam te znajomość i oddaje kuloski w ręce pana doktora. Diagnoza - zanik mięśnia, zwyrodnienie stawu. Dostaje zestaw piguł i wracamy do domu w nadziei, że przestane po nich kuleć.

Wtorek, 23 czerwca
godz. 8:00 - budzę się z guzem wielkości pięści na tylnej łapie.
Lecimy  z K. na sygnale do weta w Łodzi. Dostaję kolejne tabletki i zastrzyk przeciwzapalny i umawiamy się na środę do ortopedy i chirurga.
godz. 19:00 - próbuje nie połknąć tabletek przeciwbólowych. Próbuje przez ok. kwadrans aż w końcu ustępuję i łykam. Zjadam kolację. . Mętne oczka, smętny krok, piksy zaczynają działać. Odpadam, śpię do 5 nad ranem snem niezmąconym

Środa, 24 czerwca
godz. 10:00 - spacer do parku na zmęczenie psa przed kolejnym badaniem. Jako, że jestem na czczo męczę się dość szybko. Próbuję biegać ale średnio mi to wychodzi.
godz. 14:00 - wkraczamy w komplecie do kliniki. Ortopeda, chirurg, macanko ( nie powiem, przyjemne). Tym razem bierze się za mnie pani doktor - fajna babka, puszczam do niej oczko. Zastrzyk w dupkę. Kima. Jak przez mgłę czuje jak rzucają mnie na nosze i układają w kilku bardzo dziwnych pozach. K. dostał ołowiany garnitur i zaczyna się sesja RTG. Takich zdjęć jeszcze nie miałem.

godz. 16:00 - budzę się. Lampy biją po oczach. W ustach kapeć, nóżki jakieś takie cienkie ale podźwignąłem się. Próbuję jeszcze pożegnać się z uroczą lekarką ale ledwo stoję. Ładujemy się z K. do auta i wracamy na hacjendę. Dobra wiadomość jest taka, że to nie guz na kości. Zła jest taka, że w związku z powyższym nie wiadomo co mnie w zasadzie przyatakowało i nie dowiemy się póki mnie nie potną. Moi słudzy nacierają mi kulosa olejkiem kamforowym, przykrywają kocykiem i juz wiem, ze będą w koło mnie skakać zatroskani przez najbliższych kilka dni i cieszy mnie to i zasyyyyypiam, hrrr....

Piątek, 26 czerwca
godz. 11:00 - jadę do sanatorium, czyli na wieś. Ach, jak tam o mnie dbają! Nie zdżrzyli mnie jeszcze porządnie pokroić w klinice a już mam wyjazd rekonwalescyjny. Trzy dni hasam po zielonej trawce, micha regularnie uzupełniana, regeneracja na full. Babcia tuczy mnie cielęcinką i rosołkiem na kurzych udkach. Wieczorami masaż guza rozgrzanym termoforem. W niedzielę pod wieczór jestem już w Ldz. Kolejne trzy dni pełzam z łapą w górze i układam się tylko na prawej stronie (guz umiejscowił się na drugiej kończynie)

Poniedziałek i wtorek, 29-30 czerwca
godz. 9:00 - podwozimy M. do zakładu pracy i za chwile już jesteśmy w klinice i przyjmuje kolejne zastrzyków po których śpię do powrotu M. z pracy.

Środa, 1 lipca
godz. 12:00 - odpływam po zastrzyku. Jeszcze przez chwilę widzę zatroskanego K. Chłopak z wypiekami na twarzy zaciska kciuki. Pielęgniarz wyciąga mi ozór co bym się nie udławił. Pani chirurg się nade mną pochyla...hrrr...
W tak zwanym międzyczasie niejaka Gapa, wkleja pod moim zdjęciem na FB ten oto  wierszyk dla otuchy:

O większego trudno zucha,
Jak był Stefek Boxerucha,
- Ja niczego sie nie boję !
Operacja ? ...ja dostoję!
Lekarz?...Ja ich całą zgraję
Pozabijam i pokraje !
Goły zadek ? Wolne żarty !
To jest kostium na psie party!
Nerka? ...Tez mi ! - bo mam dwie!
Mozna wyciąć, wali mnie !
Nie chcę jednak jednej rzeczy:
Niech mi tylko nikt nie beczy !
A tym bardziej bez uśmiechów
Zwłaszcza, po podaniu leków,
Kiedy w narkozowym stanie,
Się posikam na posłanie.

godz. 16:30 - budzę się. Nie czuję kończyny tylnej. Ze strachem zerkam za siebie - uff, jest. Odliczam kolejno nóżki i paluszki. Przeglądam się w aluminiowym stole - wszytko na swoim miejscu. Poprawiam fryzurę. Przenoszą mnie do sali pooperacyjnej gdzie układają w klatce, przykrywają kocami a ja ponownie odpadam. Jak przez mgłę słyszę K., czuje dłoń M. na karku ale nie jestem w stanie skumać o czym rozmawiają gdyż brzmi to mniej więcej tak "Pieeees bobrze zniósł opcje ale rokokowania som, bla bla bla...".

Wiem, że wracają po mnie jeszcze 2 razy. Widzę i słyszę już lepiej ale ustać nie ustoję. Nadal mam mroczki przed oczami, widzę króliki skaczące po łącze i  znowu kima (chyba przez przypadek zarazili mnie narkolepsją ).Przed północą słyszę ich znowu i dochodzę do wniosku, ze p*****lę, dość mam tego i wstaję. Wstaję i idę, świecę ogolonym zadem przed całym personelem. Popsikali mi szramę srebrnym sprayem . Srebrnym ! Nie mieli pomarańczowego ? M. mówi, ze wyglądam jak statysta z Mad Maxa. No powiedzmy... Przechodzę przez recepcję. K. podjechał karetą pod samo wejście. Mimo, że ledwo człapię nie mogę się powstrzymać żeby nie dać buziaka pani doktor na odchodne. Jeszcze jeden krok i wtaczam się do bagażnika. M. mnie asekuruje a K. jedzie jakby jajko wiózł. Zewsząd na nas trąbią a ja wysuwam środkowy pazur i pozdrawiam ich charakterystycznym gestem. Mijamy światła miasta i wjeżdżamy do garażu. Wychodzę przed klatkę i próbuje kontrolnie siknąć. Wracamy do mieszkania - wydłużyli korytarz ? Dojście do windy trwa całą wieczność. W domu czeka na mnie spimpowane posłanie wyjątkowej miękkości. Siadam. Wstaję. Siadam. Robię trzy kroki. Nie wiem co robię. Piję łyka wody i zasypiam. Widziałej już takie akcje parę razy w wykonaniu ludzikim i to sie nazywało "powrót z melanżu"-kto normalny chciałby sobie to fundować co weekend ? Nie rozumiem ich.

Pierwsza noc minęła jako tako. Trochę się pokręciłem ale raczej spałem. Rano pięciosekundowe siku i znowu na kocyki. Potem trochę obczaiłem fejsa ale znowu zmorzył mnie sen. Generalnie nic ciekawego, czuje się jak szmata i tyle. Najbliższe dni upłyną nam pod znakiem powrotu do zdrowia.
Za 10 dni dowiemy się co mnie zżerało. Wysłaliśmy guziola na wczasy na Mazury i do NRD. Opcje są ponoć dwie - zła i gorsza. Ale nie chcemy krakać więc na tym koniec relacji na dziś. Mam tylko nadzieję, że profil bloga nie zmieni się z "boski bloger, dziwki, koks i high life" na "życie z (pok)rakiem".

A tak przy okazji, ogromnie dziękuję Wam za wszelkie oznaki troski i liczne słowa wsparcia. Poczucie, że tak wiele osób martwi się moim losem łechce wielce moją próżność.







13 komentarzy:

  1. Anonimowy3/7/15

    Działając z upoważnienia Gapy (www.facebook.com/gapa4ever) przekazuję pozdrowienia i ogonowe zamerdy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Stef :( Tak przykro czytać, że psiak choruje :(
    Ale oby okazało się to niegroźne dla życia! Zdrowiej Stefanku <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Wracaj Stefciu do zdrowia. Łapa jak ze "startreka"
    A widzę błąd
    (...) Próbuję jeszcze pożegrać się z uroczą lekarką ale ledwo stoję (...)

    OdpowiedzUsuń
  4. Musi być dobrze, musi! Trzymamy kciuki i łapki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Trzymamy kciuki za dobre wiadomości! Kopnij (pok)raka w d... :)

    OdpowiedzUsuń
  6. STEFANKU trzymamy kciuki za powrót do zdrowia :) PEDRO (mopsik) z rodziną

    OdpowiedzUsuń
  7. Stefciu, trzymaj się dzielnie, wszyscy Ci kibicujemy :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy4/7/15

    Trzymam fąfle za Ciebie :) Aron

    OdpowiedzUsuń
  9. Trzymamy kciuki, dasz radę- kto jak nie Ty?

    OdpowiedzUsuń
  10. Trzymamy meeega mocno kciukasy, będzie dobrze!

    A podziwiam, bo sytuacja nie jest wesoła, jest smutna, ale tak napisana, że tylko Bokser to mógł wymyślić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny ! Staram się nie tracić poczucia humoru.

      Usuń

Stefcikowi będzie miło, jeśli skomentujesz nie skrytykujesz.